Bio, organic, slow… czy wiesz o co chodzi?

Zdrowa Żywność

Ekościema, zwana też z angielskiego „greenwashing” opanowała nasz kraj na całego. Z półek patrzą na nas eko, bio, organic, fair trade produkty, które mają ładne zielone opakowania i wielkie napisy „naturalne”, „zdrowe”, „prosto od natury”. Nie wielu z nas wie jednak, jak odróżnić ziarno od plewu. Być może dzisiejszy wpis nam w tym pomoże.

Piszę ‚nam’, bo przygotowując się do jego napisania sam dowiedziałem się wielu interesujących rzeczy. Przeczytałem kilka artykułów, w tym naukowych i nabrałem pewnego dystansu do naszego domowego podejścia do „slow bio organic eko” robienia zakupów. Już wyjaśniam dlaczego.

Przede wszystkim zacznijmy od wyjaśnienia kilku terminów, które bardzo często pojawiają się na opakowaniach kupowanych przez nas „zdrowych produktów”. Specjalnie piszę w cudzysłowie, bo ze zdrowiem mają one najczęściej związek czysto umowny. Niestety!

EKO / BIO / ORGANIC

Te trzy terminy oznaczają tak naprawdę to samo. I przyznam się Wam, że dowiedziałem się tego dopiero wczoraj, po przeczytaniu kilku popularnonaukowych artykułów. Generalnie ww. terminy powinny pojawić się tylko i wyłącznie na produktach, które zostały wyhodowane bez nawozów sztucznych i pestycydów.

Rośliny hodowane na fermach ekologicznych nie mogą być modyfikowane genetycznie, testowane na zwierzętach i produkowane z użyciem konserwantów, których pochodzenie nie jest naturalne. Produktami ekologicznymi, bio lub organicznymi tak naprawdę mają prawo być nazywane tylko te, których hodowla lub produkcja określona jest specjalnym dekretem unijnym (Rozp. Unii Europejskiej nr 834 / 2007, Rozp. Unii Europejskiej nr 889 / 2008 oraz krajowa Ustawa o rolnictwie ekologicznym z 2009 roku.).

Oznacza to, że np. uprawy ekologiczne, które mają odpowiednie certyfikaty, są ściśle nadzorowane i bardzo często przechodzą drobiazgowe kontrole. Każde odstępstwo od normy oznacza zabranie certyfikatu i stratę ogromnych dochodów. Dlatego np. rolnikom, którzy prowadzą swoje gospodarstwa zgodnie z wytycznymi Unii Europejskiej, nie opłaca się ściemniać i próbować jakichś matactw, czy kombinowania. Konsekwencje finansowe, są tak duże, że nikt nie ma w tym interesu, aby okłamywać konsumentów.

W rzeczy samej, produkty ekologiczne zawierają znacznie mniej środków chemicznych, niż te, które zostały wyhodowane czy wyprodukowane w tradycyjny sposób. Zawierają więcej witamin, mikroelementów (które nie są wypłukiwane np. przez nawozy sztuczne) itd. Zwierzęta hodowane w gospodarstwach ekologicznych, karmione są naturalnymi paszami, a nie tymi przetworzonymi itd. I to tyle, albo aż tyle. Cała reszta, czyli np. emisja CO2 do środowiska przy produkcji danego produktu, jego transporcie na odległości często tysięcy kilometrów itd. w powyższych oznaczeniach nie jest już zawarta i nikt o tym słowem nie wspomina.

Jedno w tym wszystkim jest jednak warte podkreślenia. Do tej pory nie pojawiły się żadne badania, które na masową skalę potwierdzałyby wyższość produktów ekologicznych nad produkowanymi w przemysłowy i masowy sposób z użyciem np. środków ochrony roślin i pestycydów. Oczywiście, zaraz odezwą się zwolennicy spiskowej teorii dziejów, którzy zakrzyczą mnie na śmierć głosząc hasła pt. nowotwory, choroby cywilizacyjne, alergie itd.

Zgadzam się ze wszystkim. Natomiast prawdą jest, że sama światowa kadra naukowa przyznaje, że badania są dopiero w toku i w tym całym ekologicznym zamieszaniu bardziej chodzi o modę na bycie green, eko, bio, niż z rzeczywistymi, popartymi dowodami wnioskami o zbawiennym wpływie na nasze zdrowie i samopoczucie produktów z certyfikatami Unii Europejskiej. Jest popyt, jest podaż.

FAIR TRADE

Czyli tzw. sprawiedliwy handel. Ruch Fair Trade zakłada, że w tym przypadku człowiek jest ważniejszy niż zysk. Produkty Fair Trade’owe to z założenia takie, za których wytworzenie, produkcję czy wyhodowanie ludziom, którzy pracowali przy ich powstawaniu zapłacono uczciwe wynagrodzenie.

Że nikt nie pracował niewolniczo przy szyciu bluzki, spodni, majtek czy sukienki, którą nosisz. Nie był wykorzystywany do ciężkiej pracy, ponad swoje siły. Że w miejscu, w którym powstawały produkty nie pracowały dzieci itd.

To są założenia, które również obarczone są licznymi certyfikatami, podlegają kontroli itd. Jest to jednak stosunkowo nowy nurt, bardzo modny i pełen chwytających za serce haseł, który (zdaniem niektórych) z idealną rzeczywistością i nie wykorzystywaniem ludzi do często niewolniczej pracy, nadal ma niewiele wspólnego.

Jest dobrze, ale mogłoby być jeszcze lepiej. Weźmy choćby przykład założeń polityki firmy Apple, a rzeczywistość fabryk, w których produkowane są wasze ukochane IPhone. Życie.

SLOW

Slow, jak Slow Day Long. Prawda jest taka, że nasz blog z prawdziwym ruchem ‚slow’, ma tyle wspólnego co ja z arią operową. Generalnie z tym ostatnio coraz modniejszym terminem (bo mamy slow turystykę, slow food, slow restauracje itd.) jest sporo zamieszania, bo każdy definiuje go jak chce, czyli inaczej.

Nasza koleżanka Anetta Pacuła – Podemska, z którą dyskutowaliśmy przy okazji cyklu „Rozmawiamy o…” (pełen wywiad z nią zatytułowany „Chcę byś slow! Fanaberia, moda, czy powrót do korzeni? przeczytasz TUTAJ), termin ‚slow’ zdefiniowała następująco:

Zacznijmy od tego, że Slow, a w szczególności Slow Food, często jest mylone z takimi pojęciami jak „bio”, czy „eko”. Pojęcia te wbrew pozorom nie są synonimami. Bardzo często produkty spożywcze używane w Slow Foodzie, są produktami ekologicznymi, ale nie o to w tym wszystkim chodzi.

Pierwsza zasada, jeśli chodzi o kryteria np. prowadzenia knajpy Slow Foodowej to chodzi o to, aby produkty wykorzystywane w takiej kuchni nie były pozyskiwane ze źródeł oddalonych o więcej niż 200 km od miejsca, w którym się je podaje. Ważne jest również to, aby wytwórca, czy producent od którego kupujemy dany produkt był nam znany. To znaczy, abyśmy mieli wiedzę co od niego kupujemy i pewność, co do jakości, która jest nam oferowana. (…)

Slow oznacza pewien styl życia, który charakteryzuje się celebrowaniem chwili, jedzenia, spokojem w jego przygotowaniu, czy też w sposobie np. uprawy roślin, których wzrost nie jest sztucznie przyśpieszany np. specjalnymi nawozami. Do tego produkty Slow nie mogą być produkowane na wielką skalę, nie mogą być wysoce przetworzone, czy modyfikowane. „Etykietę” Slow mogą więc dostać dajmy na to manufaktury, mali regionalni producenci itp.

Dlatego np. kiedy ostatnio byliśmy w Opolu, w bez wiątpienia świetnej knajpie Strych (naszą relację z tego pięknego miasta, pełną malowniczych zdjęć znajdziesz TUTAJ), ze zdziwieniem przeczytałem, że knajpa uznaje się za ‚slow’. Dlaczego? Przez menu, w którym znaleźć można np. łososia ze Szwecji. Oczywiście, jest w nim również mnóstwo regionalnych potraw, pochodzących z okolic Opola, ale…

Wracając jednak do tematu dzisiejszego wpisu. Po słynnym artykule Marcina Rotkiewicza „Ekościema, czyli mity zdrowej żywności”, którą w listopadzie zeszłego roku opublikowała Polityka, rozpętała się prawdziwa burza. Że jak to? Że to pomówienia! Nieprawda! Lobby zwolenników wprowadzenia GMO itd. itp. Głosy sprzeciwu słychać było z prawa i z lewa, z góry i z dołu. A może by tak przyjrzeć się temu z boku i zastanowić się nad tym raz jeszcze.

Prawda jest taka, że moda na eko, green, bio dopiero co zaczyna się rozpędzać, niczym nowo zakupiony przez Polskie Koleje Państwowe pociąg Pendolino. Osoby aspirujące do klasy średniej już nie robią zakupów w hipermarketach, tylko na ekologicznych ryneczkach, straganach czy targach, kupując na nich warzywa, owoce, mięso, chleb, kosmetyki i wszystko to, co wpisuje się w tematykę bycia przyjaznym środowisku. Bo czujemy się winni zanieczyszczaniu środowiska, więc chcemy choć trochę pomóc w jego ochronie. Tak, tak! To poczucie winy też nie wzięło się znikąd.

W domach segregujemy śmieci, kupujemy energooszczędne żarówki, do samochodów lejemy olej napędowy oznaczony znakiem BIO. Dzieciom kupujemy drewniane zabawki, bo te plastikowe nie dość, że brzydkie, to jeszcze są passe. Zielone listki i modne hasła ‚w zgodzie z naturą’ krzyczą do nas z co drugiego opakowania. A jak podaje portal ekologia.pl, 95% produktów, które reklamowane są jako ekologiczne, nawet koło nich nie stało i przytacza raport firmy TerraChoice, który mówi, o tzw. siedmiu grzechach greenwashingu, czyli o:

  1. Schowanych kosztach alternatywnych – jeżeli firma podaje błędne informacje na temat cech produktu, odnoszących się do jego oddziaływania na środowisko (np. energooszczędna elektronika wykonana z niebezpiecznych dla środowiska materiałów).
  2. Braku dowodów. Nie ma dostępnych informacji o ekologiczności produktu, ani też żadnych wiarygodnych certyfikatów.
  3. Braku precyzji. Opisy produktów są nieszczegółowe lub niesprecyzowane, mogą być źle zrozumiane przez konsumenta. Przykładem jest określenie „All-natural”, bowiem arsen, uran, rtęć czy formaldehyd też występują w naturze, ale są trujące. „Naturalny” niekoniecznie oznacza „zielony”.
  4. Braku związku. Odwoływanie się do czegoś, co nie ma racji bytu (np. twierdzenie na rynku amerykańskim, że coś „nie zawiera CFC” – czyli chlorofluorowęglowodorów, których użycie w USA zostało zakazane jakieś 20 lat temu).
  5. Mniejsze zło. Na przykład „ekologiczne” papierosy czy „przyjazne dla środowiska” pestycydy.
  6. Białym kłamstwie. Firmy nielegalnie i bezpodstawnie używają ekologicznych znaków i certyfikatów.
  7. Kulcie fałszywych oznakowań. Stosowanie zbyt przerysowanych, sugestywnych obrazów, podawanie zmyślonych danych, mających poświadczyć ekologiczność wyrobu. Innymi słowy fałszywe etykiety, które mają wprowadzić klienta w błąd.

Eko, bio, slow moda, to również tzw. CSR, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu. Modne hasło, które wiele firm wykorzystuje w celu wybielania swoich działań i pokazywania tej lepszej, dobrej twarzy prowadzenia biznesu. Znacie to, prawda? Kup nasz produkt, wodę, hamburgera, a my posadzimy 10 drzew w Amazonii, wykopiemy studnię w Sudanie.

Wszystko pięknie, ładne, cudowne, ale… Tak z ciekawości, czy ktoś sprawdził czy faktycznie dana firma wywiązuje się z danych nam obietnic?

Może i dana firma to robi, ale już nie mówi o wyzysku pracowników czy śmierci tysięcy kur, które trzymane w ciasnych klatkach i karmione sztucznymi paszami, trafiają potem do wesołego kubełka z klaunem, jako przepyszne udka czy skrzydełka. Wiecie o co mi chodzi?

Idźmy dalej. Produkty oznaczone ‚fit’, czy ‚bez tłuszczu’. Albo „pełne zdrowych witamin potrzebnych dzieciom” w soku, który zimą pozostawiony w samochodzie nie zamarznie na mrozie itd. Nawet jeśli dany produkt posiada gro witamin w składzie, to w zamian oferują nam mnóstwo szkodliwych składników zastępczych, cukru, syropu glukozowo – fruktozowego, o których na opakowaniu, w chwytliwym sloganie reklamowym, który przyciąga wzrok kupującego, producent już nie wspomina. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej…

Ja, Ty, Kamila i wielu naszych znajomych uważa, że produkty ekologiczne są lepsze dla naszego zdrowia i życia. I pewnie jest w tym wiele prawdy, bo patrząc przez zdrowy rozsądek na to, co znajduje się na sklepowych półkach i na statystyki, które dowodzą, że jesteśmy najszybciej tyjącym narodem w Europie, coś w tym musi być.

Jednak namawiam Was (i siebie) do zachowania zdrowego rozsądku. Nie wszystko złoto co się świeci. Nie każdy, kupowany na ryneczku od ‚babci z wioski’ produkt, serek czy jajeczka, faktycznie pochodzą z naturalnego wybiegu, chowu czy ogródka. Na przykład ostatnio nacięliśmy się przy zakupie truskawek. Kupowane ‚prosto z pola’ od polecanego nam rolnika, okazały się pryskanymi nawozami i środkami ochrony roślin kwaśnymi psiurami, których 3 kilogramy, następnego dnia po zakupie wyrzuciliśmy do kosza.

A kto pamięta, jak w zeszłym roku importowane truskawki z hurtowni były sprzedawane na ustawionych przy drogach wojewódzkich straganach, jako „prosto z pola”, na długo przed tym, jak na polskich polach faktycznie cokolwiek wyrosło. A innym razem jajeczka ‚prosto od kurki’, okazały się ‚dwójkami’, które dzień wcześniej zostały kupione w Makro (sic!).

Dlatego kupując coś, co ma oznaczenie eko, bio czy organic, wczytajmy się w etykietę, sprawdźmy co dany produkt ma w składzie, gdzie i jak powstał i w jaki sposób został wyprodukowany. Warto poświęcić temu chwilę, aby nie naciąć się na piękne zielone hasła, które krzyczą do nas z co drugiego produktu na sklepowej półce. A jak dowodzą badania, tylko 5% z nich faktycznie zasługuje na miano ekologicznych. A co z resztą?

Na koniec polecam Wam wpis, który znalazłem jako komentarz „Ekościemy z Polityki”. Jest długi, ale warto go przeczytać w całości (znajdziesz to TUTAJ), a jego tytuł brzmi „Wszyscy jesteśmy szczurami laboratoryjnymi”.

Ale żeby nie było tak złowieszczo, to na koniec dedykuję Wam piosenkę, której autorzy (świetny francuski zespół Tryo), dedykują wszystkim tym, którzy bezrefleksyjnie zachłysnęli się wszelkimi ekologicznymi sloganami reklamowymi i chcąc naprawiać świat nabijają kieszeń nieuczciwym firmom, które wykorzystując popyt, kreują podaż.

Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o…

źródło: www.slowdaylong.pl

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s